Znam tylko jedną książkę bułgarskiego pisarza i jest to “Schron przeciwczasowy” Georgija Gospodinowa. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły powiem tylko, że istotnym elementem powieści są przemyślenia na temat przeszłości, a jednostki i całe społeczeństwa poszukują – we własnym odczuciu – swojego najlepszego “czasu”. Dla jednych najwspanialsze były lata 70-te, dla innych wczesne 90-te, natomiast wszyscy zgodnie oddaliby wiele, aby móc do nich wrócić i jeszcze chwilę pożyć sobie w tym okresie. Do lektury samej książki zachęcam tym bardziej, że po kilku dniach w Bułgarii nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nigdzie na świecie nie udało się tak doskonale zachować niepodrabialnego klimatu wczesnych lat dwutysięcznych.
W pierwszy dzień majówki wylądowaliśmy z żoną na lotnisku w Sofii. Chwilę później autobus lotniskowy przewiózł nas na Terminal 1, obsługujący przede wszystkim tanie linie lotnicze, a taką właśnie mieliśmy przyjemność podróżować. Od pierwszych chwil uderzył nas klimat początku obecnego tysiąclecia, który – jak mi się zdawało – na zawsze odszedł wraz z odtwarzaczami MP3 i prenumeratą CD-Action. Budynek lotniska był mały, lekko odrapany, z trzema taśmami na bagaż na krzyż i w sumie bardziej przywodził na myśl dworzec autobusowy, niż międzynarodowy port lotniczy w stolicy europejskiego kraju. O dotarciu tutaj ostatniej dekady świadczyła wyłącznie zdeptana mata dezynfekująca, położona na podłodze podczas pandemii i do tej pory pozostawiona bez śladu zmian czy konserwacji. Na dłuższe rozkoszowanie się powrotem do przeszłości nie było czasu, bo od razu ruszyliśmy do wypożyczalni odebrać zarezerwowane wcześniej auto.
Na miejsce przewiózł nas niewielki busik, a z każdym przebytym metrem coraz dalej oddalaliśmy się od Anno Domini 2026. Podstawę infrastruktury wypożyczalni stanowiły trzy białe kontenerki z szybami z pleksi, po zobaczeniu których byłem się gotów założyć, że właściciel płaci pracownikom pod stołem, a grunty dzierżawi od miasta w ustawionym przetargu. W takich to właśnie kontenerach, szumnie nazywanych biurami, wykuwało się zresztą PKB państw całego regionu na przełomie tysiącleci. Wszystko zorganizowane było przy tym z ogromną dbałością o detale, a klimat epoki wylewał się dosłownie z każdego kąta. Zgadzało się tam dosłownie wszystko – chaos, kolejki, dziurawa, betonowa nawierzchnia parkingu, a nawet standardy obsługi klienta i łamany angielski pracowników. Na odbiór auta czekaliśmy trochę ponad 2 godziny, marznąc na dworze w tłumie innych klientów i słuchając wypowiadanych nam w twarz zapewnień, że za “5-10 minut” samochód będzie już gotowy. Po upływie resztek cierpliwości i kolejnych już 5 minut, wsiedliśmy w końcu do zaskakująco współczesnego pojazdu i ruszyliśmy w stronę bułgarskiej prowincji.
Droga w Góry Riła
Po wyjeździe Sofii zmierzaliśmy w kierunku Gór Riła, najwyższego pasma Bułgarii, u podnóża których mieliśmy zaplanowany nocleg. Po drodze minęliśmy niezliczone komisy samochodowe i wszelkiego rodzaju szroty, które odpowiadały za jakieś 90% wszystkich przydrożnych biznesów. Ich liczba była na tyle duża, że czuliśmy się jakbyśmy podróżowali przez ogromną giełdę samochodową w Słomczynie w czasach jej największej świetności. Pomimo ewidentnie prężnego rynku motoryzacyjnego, na bułgarskich drogach królowały raczej auta średniej półki. Było to lekkim zaskoczeniem, bo chociaż sam jestem szczęśliwym właścicielem 23-letniego cudu koreańskiej motoryzacji, to jakoś przyzwyczaiłem się, że na trasie w Polsce mrugają mi długimi samochody o wartości znacznie przewyższającej moje mieszkanie.
Zbliżając się do celu naszej podróży pierwszego dnia, mieliśmy jeszcze okazję (no dobra, głównie to ja miałem) pośmiać się z bułgarskiego poczucia humoru. Otóż jedziemy sobie spokojnie autostradą, aż tu nagle przed nami wyrasta miejscowość o swojskiej nazwie… Dupnica. Na myśl przyszło mi od razu wiele niewyszukanych żartów, przez co prychnąłem sobie nad kierownicą. Moja żona spojrzała się tylko na mnie z czymś pomiędzy politowaniem i zażenowaniem, wyrażając przy tym wzrokiem bardzo wiele przemyśleń na temat mojej dojrzałości emocjonalnej. Przyznaję, humor nie był najwyższych lotów, więc ograniczyłem się do głupkowatego uśmiechu i spokojnie kontynuowałem drogę. Bułgarscy żartownisie wystawili jednak mój wizerunek na ciężką próbę, bo chwilę później wjechaliśmy w… tunel przez Dupnicę. Sami przyznacie, że chyba tylko najgorszy ponurak by się nie zaśmiał w takich okolicznościach. Koniec końców, po chwili dotarliśmy do celu naszej podróży. Ja z bananem na twarzy, a moja żona szukając w bułgarskim Internecie dobrego prawnika rozwodowego. Ech, mógłbym zrobić wspaniałą karierę jako rubaszny wujek do wynajęcia, ale niestety, karierę jakiś czas temu brutalnie przerwała mi kontuzja organów wewnętrznych. Z drugiej strony może to i lepiej, bo chyba akurat na tym rynku podaż zdecydowanie przewyższa popyt.
Pierwszą noc spędziliśmy w Ovchartsi, niewielkiej wiosce u podnóża Gór Riła. Nie słynie ona w zasadzie z niczego szczególnego, ale jest za to ładnie położona i zaczyna się w niej kilka szlaków górskich. Po zaparkowaniu samochodu mieliśmy jeszcze trochę czasu do zmroku, więc wybraliśmy się zobaczyć pobliski wodospad. Prowadzący do niego szlak miło nas zaskoczył, bo okazał się wyjątkowo dobrze utrzymany i malowniczy. Nie było to takie oczywiste, bo w mijanych przed Ovchartsi miejscowościach trudno było przeoczyć chroniczne niedoinwestowanie infrastruktury drogowej. Chwilę niepewności odczuwaliśmy też na widok dużych, luźno biegających sobie po ulicach psów, ale one akurat okazały się zupełnie niegroźne. Nasz nocleg też bardzo ładnie wpisywał się w klimat górskich lub nadmorskich “kwater”, których w erze przed nastaniem Bookingu szukało się w telegazecie.
Na kolację i zakupy spożywcze przyszło nam już wybrać się do sąsiedniego miasteczka, Saparewej Banji. Miejsce to było absolutnie wyjątkowe, bo o ile wcześniej odczuwaliśmy w Bułgarii nutkę nostalgii, tak tutaj już byliśmy pewni, że władze otrzymały jakiś grant z Unii na założenie skansenu roku 2006. Zabudowa połączona z górskim klimat przywodził na myśl Szczyrk albo Białkę Tatrzańską, ale jeszcze zanim odkryto, że można w nich sprzedawać pluszowe gęsi i torebki z kapibarami. Przy głównej ulicy widnieje wielki, czerwony budynek z salonem gier, obok niego ze dwa ciuchlandy, na hotelach wiszą flagi Federacji Rosyjskiej, a panowie pod sklepem piją piwo z plastikowych butelek. Gdyby nie przytwierdzone do tych butelek nakrętki, aż trudno byłoby uwierzyć, że przyjechaliśmy tu zwykłym Hyundaiem, a nie DeLorean’em DMC-12.
W poszukiwaniu czegoś na ząb weszliśmy do jednej z knajp przy głównej ulicy i aż westchnęliśmy z zaskoczenia. Od wejścia uderzył nas bowiem charakterystyczny zapach szlugów, gdyż wspomniana restauracja posiadała sektor dla palących, oczywiście oddzielony byle jak od sali dla niepalących. Co prawda sam za fajkami nie przepadam, ale i tak byłem pod wrażeniem, bo nie miałem pojęcia, że gdziekolwiek w Unii taki układ w ogóle może być legalny. Jak się potem okazało, palenie to nadal popularny sport w Bułgarii, a sale dla palących w zasadzie miała większość odwiedzanych knajp. Do tego z głośników leciało She’s like a wind i Aerosmith, a kiedy jednemu z klientów pękł kufel z piwem, to obsługa wręczyła mu szmatkę i szufelkę, aby sam po sobie posprzątał. Przez to wszystko cały wystrój przypominał mi kultowy i zamknięty już (zapewne przez Sanepid) warszawski bar “Parana”. Może z tą różnicą. że w Paranie nigdy nie odważyłbym się zamówić czegoś do jedzenia, a we wspomnianym bułgarskim barze i owszem. Na dodatek jedzenie było zaskakująco dobre, choć – i to akurat psuło klimat epoki – płatne w euro, bo Bułgarzy na początku tego roku przyjęli wspólną walutę Unii. Co ciekawe, wszystkie ceny podawane są podwójnie, czyli obok stawek w euro widnieją ich też “dawne” odpowiedniki w lwach bułgarskich. W sumie to nic dziwnego, bo ja jeszcze relatywnie niedawno słyszałem od kogoś z rodziny nieśmiertelne “na stare to by było 100 tysięcy”, a przecież ostatnia denominacja miała u nas miejsce w 1995.
Ahoj przygoda, a raczej „zdrasti” przygodo. Jedziemy w stronę Gór Riła.
W Ovchartsi spędziślimy w sumie tylko wieczór, ale całkiem nam się podobało.
Nawierzchnia ścieżki jest w lepszym stanie niż prowadzącej do niej drogi.
Ovchartsi może pochwalić się też całkiem zgrabnym wodospadem.
Z kolei Sapariewa Banja jest trochę jak Szczyrk w późnych latach 90-tych, z czerwonym salonem gier przy głównej ulicy.
Tuż obok zachowała się malutka kapliczka – ładna i bardzo stara.
Tylko największy ponurak nie uśmiechnie się na widok takiego znaku.
Wspaniały Monastyr Rylski i mniej wspaniały Błagojewgrad
Następnego dnia skoro świt ruszyliśmy zobaczyć jedną z największych atrakcji Bułgarii, czyli Monastyr Rylski. Jest to zabytkowy prawosławny klasztor, pięknie położony w Górach Riła i z zewnątrz przypominający nieco warowną twierdzę. W bułgarskiej kulturze pełni podobną rolę co nasza Częstochowa, bo stanowi jeden z symboli oporu przeciwko tureckiej okupacji. Jego historia mocno związana jest z postacią świętego Iwana (po naszemu Jana) z Riły, który na przełomie IX i X wieku spędził sporą część swojego życia w jaskini, gdzie oddawał się modlitwom i uskarżaniu się na zapalenie korzonków. Wspomnianą jaskinię da się zresztą zwiedzić, bo położona jest kilka kilometrów od monastyru, ale nawet bardzo kreatywni rentierzy mieliby problem z opisaniem jej na OLX jako przytulnego lokum.
Na szczęście do monastyru dotarliśmy jakoś około godziny 9 rano, kiedy jeszcze nie zdążyły się tam zjechać tłumy wycieczek szkolnych z Sofii i nieco bardziej szanujących zdrowy sen turystów. Najważniejszym jego punktem jest centralnie położona kaplica, bogato zdobiona malowidłami o tematyce bułgarsko-religijnej. Postacie carów i wojowników w miarę płynnie przeplatają się bowiem z wizerunkami świętych oraz scenami z Biblii. Gdyby ktoś był bardzo zainteresowani historią średniowiecznej Bułgarii albo obrządkiem prawosławnym (a najlepiej obydwoma tymi kwestiami), to pewnie mógłby spędzić w środku długie godziny. Niestety, nasza wiedza w obydwu tematach była dość powierzchowna, a na dodatek na terenie monastyru jak na lekarstwo było jakichkolwiek materiałów informacyjnych. Dość szybko przeszliśmy więc cały klasztor wzdłuż i wszerz, a przynajmniej jego udostępnioną do zwiedzania część.
Tuż za bramą monastyru natknęliśmy się jeszcze na niewielką piekarnię, sprzedającą klasztorne specjały. Menu skłaniało do szybkich decyzji, bo były w nim tylko dwie pozycje – mekica, taki rodzaj bułgarskiego pączka, ale bardziej spłaszczonego od naszej wersji, i klasztorny chleb. Na chwilę straciliśmy czujność i sprzedawczyni wręczyła nam obydwa te produkty, a my w sumie bardzo nie oponowaliśmy. Bochenek okazał się przy tym na tyle wielki, że w zasadzie rozwiązał nasze problemy ze śniadaniami do końca wyjazdu. Wobec braku lepszego planu zobaczyliśmy w okolicy jeszcze wspomnianą wcześniej jaskinię Jana z Riły (albo Rilskiego, jak kto woli) oraz napoczęliśmy nasz chlebek na pobliskiej polanie z widokiem na góry. Niestety, nie udało się nam wybrać szlak, bo akurat w majówkę w Bułgarii przyszedł ostatni atak zimy i na trasy po zamarzniętych górach nie byliśmy przygotowani sprzętowo ani mentalnie. Przyszło nam więc znaleźć alternatywny plan na resztę dnia i w związku z tym ruszyliśmy na południe, do miejscowości o trudnej do wymówienia nazwie Błagojewgrad.
Z perspektywy czasu w sumie nie wiem, co powodowało nami, kiedy zdecydowaliśmy się odwiedzić to miasteczko. Jeśli nigdy w życiu nie słyszeliście o Błagojewgradzie, to nie musicie się tego bardzo wstydzić. Wedle niektórych źródeł, miasto słynie z urokliwej architektury, amerykańskiego uniwersytetu oraz jest największym producentem kiszonej kapusty w kraju. Od razu powiem, że akurat tego ostatniego przysmaku nie dane nam było spróbować, ale za to dość dokładnie przeszliśmy centrum Błagojewgradu. Być może na swój sposób tutejsza architektura jest urokliwa, zresztą najprawdopodobniej tak właśnie opisałbym moje wrażenia z tego miasta, gdyby zapytał mnie o nie jakiś Bułgar. Korzystając z anonimowości zapewnianej mi przez Internet odważę się dodać, że ten pierwszy przystanek poza utartym szlakiem turystycznym nie wzbudził naszego zachwytu. Błagojewgrad nie wyróżniał się w sumie absolutnie niczym, poza może bijącym z każdego kąta klimatem powiatowego polskiego miasteczka z początku lat 2000-ych. W naszych rozmowach szybko ochrzciliśmy go Błagogrójcem, chociaż oczywiście sam Grójec bardzo lubimy i szanujemy, a poza tym ma niezwykle urokliwą architekturę. Sama koncepcja promowania “amerykańskiego uniwersytetu” jako największej atrakcji też wydała nam się trochę kuriozalna. Nigdzie bowiem nie znajdowała się informacja, co to w zasadzie za uniwersytet poza tym tylko, że amerykański. Mechanizm trochę jak z chemią z Niemiec, która jest dobra, bo niemiecka. Po bliższym zbadaniu okazało się, że nie jest to ani Harvard, ani MIT, ale University of Maine. Ciut mniej prestiżowo, bo wspomniana uczelnia znajduje się gdzieś w okolicach 250-tego miejsca najlepszych placówek w USA, no ale przecież to nadal amerykański uniwersytet. Obejrzeliśmy więc sobie jeszcze jego budynek i wobec braku innych atrakcji w Błagojewgradzie ruszyliśmy w dalszą drogę.
Położony w górach Monastyr Rylski z zewnątrz przypomina zamek.
Taki rezydent przywitał nas tuż po wejściu do klasztoru.
Wyjątkowo ładne miejsce, a w dodatku ślicznie położone.
Cała kaplica pełna jest malowideł o tematyce biblijnej, chociaż co jakiś czas znajdzie się i miejsce dla jakiegoś bułgarskiego cara.
Po odwiedzeniu klasztoru można wybrać się jeszcze do jaskini Jana z Riły, żeby docenić własne warunki mieszkaniowe. Tuż obok stoi też niewielka kaplica, w której kiedyś przechowywano zwłoki świętego.
Widok na pobliskie góry. Cisza, spokój, bezpańskie psy i przewrócony śmietnik.
A tu już Błagojewgrad. Wzorzec z Sevres bułgarskiego miasteczka powiatowego.
Błagojewgrad znajduje się w elitarnym gronie miast, którym udało pokryć cały główny plac kostką brukową.
Przez miasto przebiega niewielka, aczkolwiek nawet urokliwa rzeczka.
A oto i on, uniwersytet z samiutkiej Ameryki.
Pod gmachem uniwersytetu znajduje się kilka rzeźb. Ich tematykę i poziom pozostawiam do indywidualnej interpretacji.
Melnik – bułgarska perła zakrapiana winem
Kolejny przystanek był z naszej strony zdecydowanie lepiej przemyślany. Jakieś 30 kilometrów od greckiej granicy, gdzieś u podnóża Parku Narodowego Pirynu, leży niewielki Melnik. O nim akurat da się powiedzieć już całkiem sporo i to w sumie prawie wyłącznie w superlatywach. Po pierwsze, miasteczko słynie z “najlepszego wina w Bułgarii”, przynajmniej według miejscowych oraz kilku podróżników. Po drugie, dzierży też tytuł najmniejszego miasta w kraju, bo Melnik ma zaledwie kilkuset mieszkańców, więc w praktyce całe “miasto” to tak naprawdę trzy drogi na krzyż, z czego dwie szutrowe. Jakby tego było mało, w dniu naszych odwiedzin panowała w nim też prawdopodobnie najlepsza pogoda w całej Bułgarii. Wszystko to razem do kupy sprawiło, że szybko przypadł nam do gustu, bo po prawdzie, to jak można by nie polubić zabytkowego, górskiego miasteczka, słynącego z wina?
W samym Melniku i okolicach znajduje się kilka zabytków, zgromadzonych na przestrzeni ponad 1000-letniej historii osady. Są tu mniejsze i większe cerkwie i klasztory, ruiny jakiejś zapomnianej twierdzy oraz całkiem sporo historycznej zabudowy miejskiej, a przynajmniej budynków odnowionych w tym stylu. Dzięki nim Melnik znalazł się nawet na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO i wydało się nam to jak najbardziej uzasadnionym posunięciem. Szwędając się po wspomnianych trzech uliczkach załapaliśmy się nawet na jakiś koncert muzyki ludowej połączony z prezentacją strojów narodowych, który w pierwszej chwili nawet wyglądał całkiem ciekawie, ale po jakichś 15 minutach czuliśmy się już wystarczająco nasyceni bułgarskimi przyśpiewkami. Większe zainteresowanie wzbudził w nas z kolei inny element tutejszej kultury, a mianowicie liczne stragany z domowymi wyrobami, w tym przede wszystkim winem. Smaków i rodzajów było całkiem sporo, bo poza tradycyjnym winem mieszkańcy Melnika mieli w swojej ofercie też takie robione z malin, borówek albo innych bliżej nieokreślonych jagódek. My wzięliśmy ze sobą butelkę wina z fig, bo takiego jeszcze nie dane nam było spróbować, i schomikowaliśmy je w aucie celem wieczornej konsumpcji w Sofii.
W okolicy Melnika znajdują się też ciekawe formacje skalne, nazywane przez miejscowych speców od marketingu “piramidami piaskowymi”. Wedle Google, najlepszy punkt widokowy wiedzie do nich ścieżką zaczynającą się przy Monastyrze Rożeńskim, kolejnym zabytkowym obiekcie sakralnym kilka minut od samego miasteczka. Niestety, w dni naszej wizyty trasa akurat była zamknięta, a na poszukiwanie alternatywnej drogi zabrakło nam już czasu. Kupiliśmy jeszcze po słoiczku fig w syropie, które w bliskiej przyszłości miały tworzyć tematyczny duet z winem pochodzącym z tego samego owocu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Sofii.
Jak śpiewał kiedyś swoim aksamitnym, nawilżonym heroiną głosem Rysiek Riedel: “wehikuł czasu to byłby cud”. Okazuje się, że takie osiągnięcie techniki jest już na wyciągnięcie ręki i nazywa się Bułgaria. Gdybyście więc mieli ochotę przenieść się w sentymentalną podróż do początków XXI wieku, gorąco zachęcam Was do odwiedzin tego kraju, a w szczególności jego bardziej prowincjonalnych miast i miasteczek. Być może za kilka lat Bułgarzy postanowią zmienić tematykę i przeniosą się gremialnie do roku 2016. W takim wypadku sam będę pierwszym, który kupi sobie daczę gdzieś pod Melnikiem, gdzie będę jadł bułgarską kiełbasę, palił cudzesy i pił słodkie, figowe wino. Bo lepszego roku na takie błędy młodości nie było i pewnie już nie będzie.
Melnik, czyli wino, kiełbasa i piramidy piaskowe w tle. Powodów do odwiedzenia tego najmniejszego miasta w Bułgarii jest aż nadto.
Miasteczko zbudowane jest wzdłuż koryta rzeki, która obecnie zdaje się istnieć wyłącznie w pamięci co starszych mieszkańców.
Przy głównej ulicy właśnie powstają zabytkowe budynki.
W Melniku aż chce się człowiek zatrzymać i porozmawiać o czymkolwiek przy kieliszku wina.
Przechadzając się po Melniku trafiliśmy nawet na jakiś skromny festyn ludowy.
Nie jestem pewien, czy zwierzątka były częścią ludowej wystawy czy raczej stałym elementem krajobrazu.
Po występie tancerze udają się do pobliskiej karczmy na ludowe afterparty.
Chyba jakiś fan Monty Pythona zrobił tutaj zagrodę dla Królika z Caerbannogu.
The Beatels i wszechobecny dym papierosowy. W tej knajpie czas zatrzymał się w połowie lat 70-tych i nie zamierza się stąd ruszyć.
Monastyr Rożeński, kolejne ważne miejsce na mapie bułgarskiego prawosławia.
Na koniec mały bonus. W Sofii znajduje się malutkie muzeum Sztuki Okresu Socjalizmu. Na jego podwórze zwieziono wszystkie pomniki Lenina, z którymi nie bardzo było wiadomo co począć po upadku systemu.
Dzięki za tę relację, ja w Bułgarii widziałem głównie pozostałości starego reżimu w lepszym lub gorszym stanie, ale teraz dostrzegam, że oni faktyczne w znacznym stopniu tkwią w najntisach
W pierwszy dzień majówki wylądowaliśmy z żoną na lotnisku w Sofii. Chwilę później autobus lotniskowy przewiózł nas na Terminal 1, obsługujący przede wszystkim tanie linie lotnicze, a taką właśnie mieliśmy przyjemność podróżować. Od pierwszych chwil uderzył nas klimat początku obecnego tysiąclecia, który – jak mi się zdawało – na zawsze odszedł wraz z odtwarzaczami MP3 i prenumeratą CD-Action. Budynek lotniska był mały, lekko odrapany, z trzema taśmami na bagaż na krzyż i w sumie bardziej przywodził na myśl dworzec autobusowy, niż międzynarodowy port lotniczy w stolicy europejskiego kraju. O dotarciu tutaj ostatniej dekady świadczyła wyłącznie zdeptana mata dezynfekująca, położona na podłodze podczas pandemii i do tej pory pozostawiona bez śladu zmian czy konserwacji. Na dłuższe rozkoszowanie się powrotem do przeszłości nie było czasu, bo od razu ruszyliśmy do wypożyczalni odebrać zarezerwowane wcześniej auto.
Na miejsce przewiózł nas niewielki busik, a z każdym przebytym metrem coraz dalej oddalaliśmy się od Anno Domini 2026. Podstawę infrastruktury wypożyczalni stanowiły trzy białe kontenerki z szybami z pleksi, po zobaczeniu których byłem się gotów założyć, że właściciel płaci pracownikom pod stołem, a grunty dzierżawi od miasta w ustawionym przetargu. W takich to właśnie kontenerach, szumnie nazywanych biurami, wykuwało się zresztą PKB państw całego regionu na przełomie tysiącleci. Wszystko zorganizowane było przy tym z ogromną dbałością o detale, a klimat epoki wylewał się dosłownie z każdego kąta. Zgadzało się tam dosłownie wszystko – chaos, kolejki, dziurawa, betonowa nawierzchnia parkingu, a nawet standardy obsługi klienta i łamany angielski pracowników. Na odbiór auta czekaliśmy trochę ponad 2 godziny, marznąc na dworze w tłumie innych klientów i słuchając wypowiadanych nam w twarz zapewnień, że za “5-10 minut” samochód będzie już gotowy. Po upływie resztek cierpliwości i kolejnych już 5 minut, wsiedliśmy w końcu do zaskakująco współczesnego pojazdu i ruszyliśmy w stronę bułgarskiej prowincji.
Droga w Góry Riła
Po wyjeździe Sofii zmierzaliśmy w kierunku Gór Riła, najwyższego pasma Bułgarii, u podnóża których mieliśmy zaplanowany nocleg. Po drodze minęliśmy niezliczone komisy samochodowe i wszelkiego rodzaju szroty, które odpowiadały za jakieś 90% wszystkich przydrożnych biznesów. Ich liczba była na tyle duża, że czuliśmy się jakbyśmy podróżowali przez ogromną giełdę samochodową w Słomczynie w czasach jej największej świetności. Pomimo ewidentnie prężnego rynku motoryzacyjnego, na bułgarskich drogach królowały raczej auta średniej półki. Było to lekkim zaskoczeniem, bo chociaż sam jestem szczęśliwym właścicielem 23-letniego cudu koreańskiej motoryzacji, to jakoś przyzwyczaiłem się, że na trasie w Polsce mrugają mi długimi samochody o wartości znacznie przewyższającej moje mieszkanie.
Zbliżając się do celu naszej podróży pierwszego dnia, mieliśmy jeszcze okazję (no dobra, głównie to ja miałem) pośmiać się z bułgarskiego poczucia humoru. Otóż jedziemy sobie spokojnie autostradą, aż tu nagle przed nami wyrasta miejscowość o swojskiej nazwie… Dupnica. Na myśl przyszło mi od razu wiele niewyszukanych żartów, przez co prychnąłem sobie nad kierownicą. Moja żona spojrzała się tylko na mnie z czymś pomiędzy politowaniem i zażenowaniem, wyrażając przy tym wzrokiem bardzo wiele przemyśleń na temat mojej dojrzałości emocjonalnej. Przyznaję, humor nie był najwyższych lotów, więc ograniczyłem się do głupkowatego uśmiechu i spokojnie kontynuowałem drogę. Bułgarscy żartownisie wystawili jednak mój wizerunek na ciężką próbę, bo chwilę później wjechaliśmy w… tunel przez Dupnicę. Sami przyznacie, że chyba tylko najgorszy ponurak by się nie zaśmiał w takich okolicznościach. Koniec końców, po chwili dotarliśmy do celu naszej podróży. Ja z bananem na twarzy, a moja żona szukając w bułgarskim Internecie dobrego prawnika rozwodowego. Ech, mógłbym zrobić wspaniałą karierę jako rubaszny wujek do wynajęcia, ale niestety, karierę jakiś czas temu brutalnie przerwała mi kontuzja organów wewnętrznych. Z drugiej strony może to i lepiej, bo chyba akurat na tym rynku podaż zdecydowanie przewyższa popyt.
Pierwszą noc spędziliśmy w Ovchartsi, niewielkiej wiosce u podnóża Gór Riła. Nie słynie ona w zasadzie z niczego szczególnego, ale jest za to ładnie położona i zaczyna się w niej kilka szlaków górskich. Po zaparkowaniu samochodu mieliśmy jeszcze trochę czasu do zmroku, więc wybraliśmy się zobaczyć pobliski wodospad. Prowadzący do niego szlak miło nas zaskoczył, bo okazał się wyjątkowo dobrze utrzymany i malowniczy. Nie było to takie oczywiste, bo w mijanych przed Ovchartsi miejscowościach trudno było przeoczyć chroniczne niedoinwestowanie infrastruktury drogowej. Chwilę niepewności odczuwaliśmy też na widok dużych, luźno biegających sobie po ulicach psów, ale one akurat okazały się zupełnie niegroźne. Nasz nocleg też bardzo ładnie wpisywał się w klimat górskich lub nadmorskich “kwater”, których w erze przed nastaniem Bookingu szukało się w telegazecie.
Na kolację i zakupy spożywcze przyszło nam już wybrać się do sąsiedniego miasteczka, Saparewej Banji. Miejsce to było absolutnie wyjątkowe, bo o ile wcześniej odczuwaliśmy w Bułgarii nutkę nostalgii, tak tutaj już byliśmy pewni, że władze otrzymały jakiś grant z Unii na założenie skansenu roku 2006. Zabudowa połączona z górskim klimat przywodził na myśl Szczyrk albo Białkę Tatrzańską, ale jeszcze zanim odkryto, że można w nich sprzedawać pluszowe gęsi i torebki z kapibarami. Przy głównej ulicy widnieje wielki, czerwony budynek z salonem gier, obok niego ze dwa ciuchlandy, na hotelach wiszą flagi Federacji Rosyjskiej, a panowie pod sklepem piją piwo z plastikowych butelek. Gdyby nie przytwierdzone do tych butelek nakrętki, aż trudno byłoby uwierzyć, że przyjechaliśmy tu zwykłym Hyundaiem, a nie DeLorean’em DMC-12.
W poszukiwaniu czegoś na ząb weszliśmy do jednej z knajp przy głównej ulicy i aż westchnęliśmy z zaskoczenia. Od wejścia uderzył nas bowiem charakterystyczny zapach szlugów, gdyż wspomniana restauracja posiadała sektor dla palących, oczywiście oddzielony byle jak od sali dla niepalących. Co prawda sam za fajkami nie przepadam, ale i tak byłem pod wrażeniem, bo nie miałem pojęcia, że gdziekolwiek w Unii taki układ w ogóle może być legalny. Jak się potem okazało, palenie to nadal popularny sport w Bułgarii, a sale dla palących w zasadzie miała większość odwiedzanych knajp. Do tego z głośników leciało She’s like a wind i Aerosmith, a kiedy jednemu z klientów pękł kufel z piwem, to obsługa wręczyła mu szmatkę i szufelkę, aby sam po sobie posprzątał. Przez to wszystko cały wystrój przypominał mi kultowy i zamknięty już (zapewne przez Sanepid) warszawski bar “Parana”. Może z tą różnicą. że w Paranie nigdy nie odważyłbym się zamówić czegoś do jedzenia, a we wspomnianym bułgarskim barze i owszem. Na dodatek jedzenie było zaskakująco dobre, choć – i to akurat psuło klimat epoki – płatne w euro, bo Bułgarzy na początku tego roku przyjęli wspólną walutę Unii. Co ciekawe, wszystkie ceny podawane są podwójnie, czyli obok stawek w euro widnieją ich też “dawne” odpowiedniki w lwach bułgarskich. W sumie to nic dziwnego, bo ja jeszcze relatywnie niedawno słyszałem od kogoś z rodziny nieśmiertelne “na stare to by było 100 tysięcy”, a przecież ostatnia denominacja miała u nas miejsce w 1995.
Ahoj przygoda, a raczej „zdrasti” przygodo. Jedziemy w stronę Gór Riła.
W Ovchartsi spędziślimy w sumie tylko wieczór, ale całkiem nam się podobało.
Nawierzchnia ścieżki jest w lepszym stanie niż prowadzącej do niej drogi.
Ovchartsi może pochwalić się też całkiem zgrabnym wodospadem.
Z kolei Sapariewa Banja jest trochę jak Szczyrk w późnych latach 90-tych, z czerwonym salonem gier przy głównej ulicy.
Tuż obok zachowała się malutka kapliczka – ładna i bardzo stara.
Tylko największy ponurak nie uśmiechnie się na widok takiego znaku.
Wspaniały Monastyr Rylski i mniej wspaniały Błagojewgrad
Następnego dnia skoro świt ruszyliśmy zobaczyć jedną z największych atrakcji Bułgarii, czyli Monastyr Rylski. Jest to zabytkowy prawosławny klasztor, pięknie położony w Górach Riła i z zewnątrz przypominający nieco warowną twierdzę. W bułgarskiej kulturze pełni podobną rolę co nasza Częstochowa, bo stanowi jeden z symboli oporu przeciwko tureckiej okupacji. Jego historia mocno związana jest z postacią świętego Iwana (po naszemu Jana) z Riły, który na przełomie IX i X wieku spędził sporą część swojego życia w jaskini, gdzie oddawał się modlitwom i uskarżaniu się na zapalenie korzonków. Wspomnianą jaskinię da się zresztą zwiedzić, bo położona jest kilka kilometrów od monastyru, ale nawet bardzo kreatywni rentierzy mieliby problem z opisaniem jej na OLX jako przytulnego lokum.
Na szczęście do monastyru dotarliśmy jakoś około godziny 9 rano, kiedy jeszcze nie zdążyły się tam zjechać tłumy wycieczek szkolnych z Sofii i nieco bardziej szanujących zdrowy sen turystów. Najważniejszym jego punktem jest centralnie położona kaplica, bogato zdobiona malowidłami o tematyce bułgarsko-religijnej. Postacie carów i wojowników w miarę płynnie przeplatają się bowiem z wizerunkami świętych oraz scenami z Biblii. Gdyby ktoś był bardzo zainteresowani historią średniowiecznej Bułgarii albo obrządkiem prawosławnym (a najlepiej obydwoma tymi kwestiami), to pewnie mógłby spędzić w środku długie godziny. Niestety, nasza wiedza w obydwu tematach była dość powierzchowna, a na dodatek na terenie monastyru jak na lekarstwo było jakichkolwiek materiałów informacyjnych. Dość szybko przeszliśmy więc cały klasztor wzdłuż i wszerz, a przynajmniej jego udostępnioną do zwiedzania część.
Tuż za bramą monastyru natknęliśmy się jeszcze na niewielką piekarnię, sprzedającą klasztorne specjały. Menu skłaniało do szybkich decyzji, bo były w nim tylko dwie pozycje – mekica, taki rodzaj bułgarskiego pączka, ale bardziej spłaszczonego od naszej wersji, i klasztorny chleb. Na chwilę straciliśmy czujność i sprzedawczyni wręczyła nam obydwa te produkty, a my w sumie bardzo nie oponowaliśmy. Bochenek okazał się przy tym na tyle wielki, że w zasadzie rozwiązał nasze problemy ze śniadaniami do końca wyjazdu. Wobec braku lepszego planu zobaczyliśmy w okolicy jeszcze wspomnianą wcześniej jaskinię Jana z Riły (albo Rilskiego, jak kto woli) oraz napoczęliśmy nasz chlebek na pobliskiej polanie z widokiem na góry. Niestety, nie udało się nam wybrać szlak, bo akurat w majówkę w Bułgarii przyszedł ostatni atak zimy i na trasy po zamarzniętych górach nie byliśmy przygotowani sprzętowo ani mentalnie. Przyszło nam więc znaleźć alternatywny plan na resztę dnia i w związku z tym ruszyliśmy na południe, do miejscowości o trudnej do wymówienia nazwie Błagojewgrad.
Z perspektywy czasu w sumie nie wiem, co powodowało nami, kiedy zdecydowaliśmy się odwiedzić to miasteczko. Jeśli nigdy w życiu nie słyszeliście o Błagojewgradzie, to nie musicie się tego bardzo wstydzić. Wedle niektórych źródeł, miasto słynie z urokliwej architektury, amerykańskiego uniwersytetu oraz jest największym producentem kiszonej kapusty w kraju. Od razu powiem, że akurat tego ostatniego przysmaku nie dane nam było spróbować, ale za to dość dokładnie przeszliśmy centrum Błagojewgradu. Być może na swój sposób tutejsza architektura jest urokliwa, zresztą najprawdopodobniej tak właśnie opisałbym moje wrażenia z tego miasta, gdyby zapytał mnie o nie jakiś Bułgar. Korzystając z anonimowości zapewnianej mi przez Internet odważę się dodać, że ten pierwszy przystanek poza utartym szlakiem turystycznym nie wzbudził naszego zachwytu. Błagojewgrad nie wyróżniał się w sumie absolutnie niczym, poza może bijącym z każdego kąta klimatem powiatowego polskiego miasteczka z początku lat 2000-ych. W naszych rozmowach szybko ochrzciliśmy go Błagogrójcem, chociaż oczywiście sam Grójec bardzo lubimy i szanujemy, a poza tym ma niezwykle urokliwą architekturę. Sama koncepcja promowania “amerykańskiego uniwersytetu” jako największej atrakcji też wydała nam się trochę kuriozalna. Nigdzie bowiem nie znajdowała się informacja, co to w zasadzie za uniwersytet poza tym tylko, że amerykański. Mechanizm trochę jak z chemią z Niemiec, która jest dobra, bo niemiecka. Po bliższym zbadaniu okazało się, że nie jest to ani Harvard, ani MIT, ale University of Maine. Ciut mniej prestiżowo, bo wspomniana uczelnia znajduje się gdzieś w okolicach 250-tego miejsca najlepszych placówek w USA, no ale przecież to nadal amerykański uniwersytet. Obejrzeliśmy więc sobie jeszcze jego budynek i wobec braku innych atrakcji w Błagojewgradzie ruszyliśmy w dalszą drogę.
Położony w górach Monastyr Rylski z zewnątrz przypomina zamek.
Taki rezydent przywitał nas tuż po wejściu do klasztoru.
Wyjątkowo ładne miejsce, a w dodatku ślicznie położone.
Cała kaplica pełna jest malowideł o tematyce biblijnej, chociaż co jakiś czas znajdzie się i miejsce dla jakiegoś bułgarskiego cara.
Po odwiedzeniu klasztoru można wybrać się jeszcze do jaskini Jana z Riły, żeby docenić własne warunki mieszkaniowe. Tuż obok stoi też niewielka kaplica, w której kiedyś przechowywano zwłoki świętego.
Widok na pobliskie góry. Cisza, spokój, bezpańskie psy i przewrócony śmietnik.
A tu już Błagojewgrad. Wzorzec z Sevres bułgarskiego miasteczka powiatowego.
Błagojewgrad znajduje się w elitarnym gronie miast, którym udało pokryć cały główny plac kostką brukową.
Przez miasto przebiega niewielka, aczkolwiek nawet urokliwa rzeczka.
A oto i on, uniwersytet z samiutkiej Ameryki.
Pod gmachem uniwersytetu znajduje się kilka rzeźb. Ich tematykę i poziom pozostawiam do indywidualnej interpretacji.
Melnik – bułgarska perła zakrapiana winem
Kolejny przystanek był z naszej strony zdecydowanie lepiej przemyślany. Jakieś 30 kilometrów od greckiej granicy, gdzieś u podnóża Parku Narodowego Pirynu, leży niewielki Melnik. O nim akurat da się powiedzieć już całkiem sporo i to w sumie prawie wyłącznie w superlatywach. Po pierwsze, miasteczko słynie z “najlepszego wina w Bułgarii”, przynajmniej według miejscowych oraz kilku podróżników. Po drugie, dzierży też tytuł najmniejszego miasta w kraju, bo Melnik ma zaledwie kilkuset mieszkańców, więc w praktyce całe “miasto” to tak naprawdę trzy drogi na krzyż, z czego dwie szutrowe. Jakby tego było mało, w dniu naszych odwiedzin panowała w nim też prawdopodobnie najlepsza pogoda w całej Bułgarii. Wszystko to razem do kupy sprawiło, że szybko przypadł nam do gustu, bo po prawdzie, to jak można by nie polubić zabytkowego, górskiego miasteczka, słynącego z wina?
W samym Melniku i okolicach znajduje się kilka zabytków, zgromadzonych na przestrzeni ponad 1000-letniej historii osady. Są tu mniejsze i większe cerkwie i klasztory, ruiny jakiejś zapomnianej twierdzy oraz całkiem sporo historycznej zabudowy miejskiej, a przynajmniej budynków odnowionych w tym stylu. Dzięki nim Melnik znalazł się nawet na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO i wydało się nam to jak najbardziej uzasadnionym posunięciem. Szwędając się po wspomnianych trzech uliczkach załapaliśmy się nawet na jakiś koncert muzyki ludowej połączony z prezentacją strojów narodowych, który w pierwszej chwili nawet wyglądał całkiem ciekawie, ale po jakichś 15 minutach czuliśmy się już wystarczająco nasyceni bułgarskimi przyśpiewkami. Większe zainteresowanie wzbudził w nas z kolei inny element tutejszej kultury, a mianowicie liczne stragany z domowymi wyrobami, w tym przede wszystkim winem. Smaków i rodzajów było całkiem sporo, bo poza tradycyjnym winem mieszkańcy Melnika mieli w swojej ofercie też takie robione z malin, borówek albo innych bliżej nieokreślonych jagódek. My wzięliśmy ze sobą butelkę wina z fig, bo takiego jeszcze nie dane nam było spróbować, i schomikowaliśmy je w aucie celem wieczornej konsumpcji w Sofii.
W okolicy Melnika znajdują się też ciekawe formacje skalne, nazywane przez miejscowych speców od marketingu “piramidami piaskowymi”. Wedle Google, najlepszy punkt widokowy wiedzie do nich ścieżką zaczynającą się przy Monastyrze Rożeńskim, kolejnym zabytkowym obiekcie sakralnym kilka minut od samego miasteczka. Niestety, w dni naszej wizyty trasa akurat była zamknięta, a na poszukiwanie alternatywnej drogi zabrakło nam już czasu. Kupiliśmy jeszcze po słoiczku fig w syropie, które w bliskiej przyszłości miały tworzyć tematyczny duet z winem pochodzącym z tego samego owocu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Sofii.
Jak śpiewał kiedyś swoim aksamitnym, nawilżonym heroiną głosem Rysiek Riedel: “wehikuł czasu to byłby cud”. Okazuje się, że takie osiągnięcie techniki jest już na wyciągnięcie ręki i nazywa się Bułgaria. Gdybyście więc mieli ochotę przenieść się w sentymentalną podróż do początków XXI wieku, gorąco zachęcam Was do odwiedzin tego kraju, a w szczególności jego bardziej prowincjonalnych miast i miasteczek. Być może za kilka lat Bułgarzy postanowią zmienić tematykę i przeniosą się gremialnie do roku 2016. W takim wypadku sam będę pierwszym, który kupi sobie daczę gdzieś pod Melnikiem, gdzie będę jadł bułgarską kiełbasę, palił cudzesy i pił słodkie, figowe wino. Bo lepszego roku na takie błędy młodości nie było i pewnie już nie będzie.
Melnik, czyli wino, kiełbasa i piramidy piaskowe w tle. Powodów do odwiedzenia tego najmniejszego miasta w Bułgarii jest aż nadto.
Miasteczko zbudowane jest wzdłuż koryta rzeki, która obecnie zdaje się istnieć wyłącznie w pamięci co starszych mieszkańców.
Przy głównej ulicy właśnie powstają zabytkowe budynki.
W Melniku aż chce się człowiek zatrzymać i porozmawiać o czymkolwiek przy kieliszku wina.
Przechadzając się po Melniku trafiliśmy nawet na jakiś skromny festyn ludowy.
Nie jestem pewien, czy zwierzątka były częścią ludowej wystawy czy raczej stałym elementem krajobrazu.
Po występie tancerze udają się do pobliskiej karczmy na ludowe afterparty.
Chyba jakiś fan Monty Pythona zrobił tutaj zagrodę dla Królika z Caerbannogu.
The Beatels i wszechobecny dym papierosowy. W tej knajpie czas zatrzymał się w połowie lat 70-tych i nie zamierza się stąd ruszyć.
Monastyr Rożeński, kolejne ważne miejsce na mapie bułgarskiego prawosławia.
Na koniec mały bonus. W Sofii znajduje się malutkie muzeum Sztuki Okresu Socjalizmu. Na jego podwórze zwieziono wszystkie pomniki Lenina, z którymi nie bardzo było wiadomo co począć po upadku systemu.